wtorek, 29 marca 2016

Rozdział 1

Clary

Siedziałam w pokoju i rysowałam krajobraz Idrysu. Kiedy mama zawołała:

- Clary zejdź na dół chcemy porozmawiać!

Domyśliłam się o co chodzi. Zeszłam po schodach i skierowałam się do salonu. W pokoju siedziała mama, tata i Jonathan, który wczoraj wrócił z Nowojorskiego instytutu.
Tata zaczął:

- Za dwa dni wyjeżdżasz do instytutu, a jutro odbędzie się małe przyjęcie z okazji twoich 16 urodzin.
- A kto się na nim pojawi? - zapytałam. 
- Lightwodowie, Herondalowie i reszta członków kręgu. - Powiedziała mama. 

Nagle sobie przypomniałam, że nie mam sukienki i w tym momencie zadzwonił dzwonek.

- To napewno Maryse i Robert z dziećmi - Tata powiedział, a ja pisnęłam ze szczęścia. Isabelle spadła mi jak z nieba ona zawsze ma mnóstwo sukienek. Wyszłam na korytarz i w tym momencie jeden z naszych służących otworzył drzwi. Od razu pobiegłam do Isabelle i rzuciłem się na jej szyję. 

- Cześć Izzy tęskniłam - powiedziałam na co ona jeszcze bardziej mnie przytuliła. 
- Ekhem - ktoś odchrząknął - Mnie to już nikt nie przytuli - powiedział Alec. 

Zaśmiałam się cicho i go przytuliłam. Alec Izzy i Max byli dla mnie jak rodzeństwo tak jak Jonathan. Nie wyobrażałam sobie życia bez nich. Bez nie zamykającej się buzi Izzy, głupich docinek Aleca i szalonego Alexa. Po krótkiej rozmowie zaciągnęłam Izzy do pokoju. 

- Izzy nie mam się w co ubrać na jutrzejszy bal. - Powiedziałam 
- To dobrze trafiłaś - Izzy uśmiechnęła się 
- Chodź rozpakujemy moje walizki i zobaczymy co tam mam -pociągnęła mnie za rękę. 

Kiedy rozpakowałyśmy chyba z 4 walizki na 2 dni zaczęłyśmy przeglądać sukienki i dobierać dodatki. Ja wybrałam zieloną długą sukienkę do tego złote szpilki ,bransoletka i kolczyki.

 Isabelle wybrała złota sukienkę czarne szpilki i czarne dodatki.

Bal zaczynał się o 16. Izzy zmusiła mnie żebym wstała o 8 i po śniadaniu od razu poszła do niej się szykować. Kiedy wróciłam do pokoju postanowiłam dokończyć mój szkic. Około 20 zeszłam na kolacje. Wszyscy siedzieli już przy stole. Kiedy jedliśmy wspominaliśmy dzieciństwo. Po kolacji przebrałam się w piżamę i poszłam spać.

- Clary wstawaj!!! - usłyszałam krzyk i prawie spadłam z łóżka. 

W pokoju stała Izz w szlafroku w panterke. 

- Clary jest 8:30 i wszyscy już są po śniadaniu a ty śpisz w najlepsze! 
- Izzy nie przesadzaj - zmroziła mnie spojrzeniem 
- Ja nie przesadzam tylko to bardzo ważny dzień. Masz tu śniadanie, a i zapomniałabym STO LAT!!!
- Wezmę prysznic i zjawiam się u ciebie na te katusze. - zaśmiałam się. 
- Chcesz być piękna musisz cierpieć. - Rzuciła na odchodne i wyszła. 

Na tacy leżała jajecznica bułki i sok pomarańczowy. Po śniadaniu wzięłam prysznic ubrałam szlafrok i poszłam do Izz. 

- Siadaj - usłyszałam. 

Izz czesała mnie z półtorej godziny ale efekt był cudowny. Włosy były z tyłu upięte w luźnego koka, trochę zakręcone trudno to opisać były po prostu cudowne. 

- Teraz czas na makijaż! Moja ulubiona część - pisnęła Isabelle. 

Po dwóch godzinach byłam cala gotowa i pomalowana i uczesania i ubrana. Potem musiałam poczekać na Izz i byłyśmy gotowe. Zostało nam półtorej godziny. Postanowiłam zobaczyć jak idą przygotowania.

Na dole wszyscy dosłownie biegali. Służba nosiła tace z jedzeniem i robiła drobne poprawki. Ruszyłam w kierunku gabinetu ojca. W środku siedziała gotowa mama i tata. 

- Clarisso wyglądasz pięknie - tata powiedział a ja się zaczerwieniłam. 
- Zgadzam się z tobą - mama pokiwała głową. - Nasza córka wygląda cudownie.

I w tym momencie zadzwonił dzwonek. Rodzice wstała i wyszli a ja ruszyłam za nimi. Kiedy szliśmy korytarzem rodzice o czymś szeptali i śmiali się prawdopodobnie wspominali czasy młodosci. Przynajmniej tak wywnioskowałam z tego co usłyszałam.

Tata otworzył drzwi a w nich zobaczyłam blondynkę w wieku mojej mamy, i mężczyznę może trochę od nich starszego. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam jego. Wysokiego blondyna w garniturze, który uwydatnial jego mięśnie. W pewnym momencie nasze oczy spotkały się i zatopilam się w jego złotych tęczowkach. Niewiem ile czasu minęło ale od jego oczu oderwał mnie głos:

- Clarisso słuchacz mnie? - tata patrzył podejrzanie.
- Tak tylko się zamyslilam - kiedy to powiedziałam usłyszałam jak ktoś powstrzymuje się od śmiechu. Wiedziałam kim był ten ktoś.
- To Celine i Stephen Herondalowie, a to ich 17 letni syn Jace. - mama powiedziała z uśmiechem.
- Miło mi cię poznać Clarisso - Powiedziała Celine, a Stephen jej zawturował.

Jace podał rękę i powiedział mi na ucho
- Miło cię poznać ślicznotko - Dupek pomyślałam, ale jaki przystojni z pięknymi złotymi oczami. STOP! Clary Isabelle ci o nim opowiadała to typowy podrywaczy szuka laski na jedną noc.

- Jocelyn nie wierzę, że nasze dzieci dopiero teraz się poznały i ,że my dopiero poznaliśmy Clary. Ale mam nadzieję, że to nadrobimy. - Celine posłała mi ciepły uśmiech.
- Clary możesz mi pomóc?! -  zawołała ze schodów Isabelle.
- Tak już idę! - ruszyłam w stronę schodów kiedy mama powiedziała:
-  Clary została jeszcze godzina do przyjęcia weź ze sobą Jace bo naszymi rozmowami zanudzi się na śmierć. - mama się rozesmiala ale mnie nie było do śmiechu. Jace był taki jak przypuszczalam arogancki dupek, ale taki przystojni
- Dobrze mamo - powiedziałam a Jace wydawał się być zadowolony.

Szliśmy w ciszy do pokoju Isabelle, czułam na sobie spojrzenie Jace. Przez tę ciszę czułam się niekomfortowo, kiedy chciałam ją przerwać ktoś zawołał:

- Jace wreszcie jesteś - tym ktosiem okazał się Alec 
- Witaj mój parabatai - zdziwiłam się kiedy Jace powiedział, że Alec jest jego parabatai.
- Widzę, że się już poznaliście
- Tak, muszę iść bo Izz na mnie czeka i wolę nie sprawdzać co się stanie kiedy będzie czekać za długo - wszyscy się roześmialiśmy, a ja ruszyłam do pokoju Izz.

Jace

Kiedy Clary odeszła Alec popatrzył na mnie podejrzliwie i powiedział:

- Co ci jest?
- O co ci chodzi?
- Wyglądasz jakoś inaczej - teraz chyba wiedziałem o co chodzi. Chodziło o Clary.

Znałem tę dziewczynę od 10 minut, a jeszcze nigdy przy żadnej innej dziewczynie nie czułem się tak dobrze. Te jej piękne rude loki, szafirowe oczy i śliczny biały uśmiech. Herondale ogarnij się! To panny mają tak na ciebie reagować, a nie ty na nie. Co się ze mną dzieje?
Clary

- Clary słuchasz mnie? - spytała Izz
- Pewnie - tak naprawdę jej nie słuchałam bo myślałam o Jace. O jego blond włosach, złotych oczach i o tym jego łobuzerskim uśmiechu. Kiedy go zobaczyłam to od razu się zakochałam, ale nie mam na co liczyć, bo to Jace Herondale, szuka laski na jedną noc. Chce się zabawić i nic więcej, dlaczego akurat w nim musiałamsię zakochać. Podobno miłość nie wybiera.
- Właśnie widzę - powiedziała Isabelle
- Przepraszam Izzy powiedz jeszcze raz.

Czas balu...

Musiałam wejść na salę balową i zejść po kręconych schodach, a całe to zadanie utrudniały mi wysokie szpilki Izz. Dobra, Clary weź się w garść. O kurczę muzyka gra czas wychodzić. Otworzyłam dzrzwi i ruszyłam w stronę schodów, schodząc modliłam się o to by nie upaść. Kiedy byłam w połowie schodów spojrzeniem napotkałam Jace'a. Uśmiechnął się do mnie tak uroczo że omal zapomniałam o tym, że muszę utrzymać równowagę. Kiedy zeszłam, tata powiedział, że zaprasza wszystkich na parkiet a potem na posiłek. Jace ruszył w moją stronę i zapytał:

- Czy uczyni mi panienka ten zaszczyt i zatańczy ze mną? - uśmiechnął się łobuzersko
- Jeśli mnie pan nie podepta panie Herondale - roześmiałam się
- Ja jestem perfekcyjnym tancerzem, tak jak i nocnym łowcą - powiedział pewnie
- Trzymam pana za słowo

Zaczęliśmy tańczyć, w pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały i wtedy zapomniałam o bożym świecie. Choć na sali było dużo ludzi dla mnie był tylko Jace.

- I co? Chyba nie było tak źle - Jace powiedział wesoło. Nawet nie zauważyłam kiedy piosenka się skończyła.
- Chyba nie - uśmiechnęłam się. I wtedy czar prysł. Do Jace'a podbiegła jakaś brunetka i rzuciła mu się na szyję.
- Jace po tym co zaszło w instytucie chyba powinniśmy porozmawiać - powiedziała i spojrzała na mnie.
- Cześć, jestem Victoria - uśmiechnęła się do mnie, wydawała się być sympatyczna
- Clary - powiedziałam smutno
- A to ty jesteś jubilatką. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

ZAPRASZAM WSZYSTKICH NA POSIŁEK

W trakcie obiadu nic nie umiałam przełknąć, przecież on mi nic nie obiecywał tylko tańczyliśmy. A mnie było tak przykro. Kiedy było już ciemno postanowiłam wybrać się na spacer do ogrodu. Spacerowałam kiedy usłyszałam jak ktoś woła

- Clary! - wiedziałam, że to Jace.
- Czego chcesz? - zapytałam groźnie
- Co ci się stało, po naszym tańcu jakoś posmutniałaś
- Co cię to obchodzi? - powstrzymywałam łzy
- Clary, chodzi ci o Victorie? - zaśmiał się
- Co mnie obchodzi twoja dziewczyna?
- To nie moja dziewczyna, tylko się z nią całowałem
- Tylko się z nią całowałeś?! Ona też ma uczucia i chyba dla niej to nie był tylko pocałunek. - zrobiło mi się jej szkoda i teraz zrozumiałam jakim Jace jest dupkiem
- Clary nie bądź taka - zbliżył się do mnie i nachylił do moich ust
- Jaka? - chciałam się odsunąć, przecież to dla niego tylko pocałunek, ale nie potrafiłam. Kiedy już mieliśmy się pocałować ktoś krzyknął:
- JACE!


Napiszcie co myślicie :) Mam nadzieję, że się wam podoba, jeśli macie jakieś uwagi śmiało piszcie.

1 komentarz: